poniedziałek, 10 lutego 2014

Lewiatan - w szponach bestii



Natura uczyniła wszystkich ludzi tak równymi, co się tyczy władz cielesnych i duchowych, że chociaż znajdzie się czasem człowiek wyraźnie silniejszy na ciele lub bystrzejszy umysłem niż inny, to przecież, gdy weźmie się wszystko w rachubę, różnica między człowiekiem a człowiekiem nie jest tak znaczna, ażeby na tej podstawie jeden człowiek mógł mieć roszczenie do korzyści, do której inny nie mógłby mieć równego roszczenia.[…]



Z tej to równości uzdolnień wypływa równość nadziei, że możemy osiągnąć nasze cele. Jeśli więc jacyś dwaj ludzie pragną tej samej rzeczy, której niemniej nie mogą oboje posiadać, to stają się nieprzyjaciółmi; i na drodze do swojego celu (którym przede wszystkim jest zachowanie własnego istnienia, a czasem tylko własne zadowolenie) starają się zniszczyć jeden drugiego albo sobie podporządkować.



Ludzie nie znajdują przyjemności w życiu gromadnym (przeciwnie, raczej znajdują wiele przykrości), gdzie nie ma mocy, która byłaby zdolna trzymać w strachu ich wszystkich.

Każdy człowiek bowiem uważa na to, by jego towarzysz go cenił w tym samym stopniu, w jakim on sam siebie ceni. A na wszelkie oznaki pogardy czy niedostatecznej oceny odpowiada z natury rzeczy tym, że usiłuje, o ile tylko ma odwagę, wymusić na tych, którzy nim pogardzają, większe uważanie, czyniąc im jakąś krzywdę (a pośród tych, co nie mają nad sobą takiej jednej siły, która by ich trzymała w spokoju, odwaga ta jest dość duża, by się mogli zniszczyć wzajemnie), na innych zaś tym właśnie przykładem.

sobota, 8 lutego 2014

Dobro wspólne dla każdego



„Powinienem zacząć od wyjaśnienia, że dobro wspólne to nie tylko zasoby. To zasoby plus społeczność, plus zestaw norm i reguł stosownych do zarządzania nimi. Możemy to nazwać pakietem socjoekonomiczno-biofizycznym (ekosystem) – trochę jak ryby, staw i roślinność wodna. Mają sens tylko w komplecie i zapewne nie będą w stanie przeżyć oddzielnie, bo są od siebie wzajemnie zależne. Zapewne właśnie dlatego konwencjonalna ekonomia ma takie problemy ze zrozumieniem pojęcia dobra wspólnego. Nie może zrozumieć, jak społeczność, zamiast jednostki, może być podstawowym poziomem odniesienia. Dobro wspólne odnosi się do całości – uznając  jednostkę i społeczność za wzajemnie zagnieżdżone i przenikające się. To jest metafizyka wielce różna od neoliberalnej, uznającej jednostkę za suwerena.


Dobro wspólne wymaga od nas także wykroczenia poza swojskie dychotomie życia codziennego – „publiczne” kontra „prywatne”, „jednostkowe” kontra „kolektywne”, „obiektywne” kontra „subiektywne”- do zobaczenia ich w bardziej zintegrowanej strukturze. Takim syntetycznym skrótem myślowym będzie „kolektywny indywidualizm”.


Ale ten termin nie oddaje emocjonalnego i psychicznego wymiaru dobra wspólnego, które w istocie jest osobistą postawą, tożsamością i doświadczeniem. Członkowie społeczności kochają i potrzebują dobra wspólnego, a co najmniej zależą od niego.


Z tego czerpią motywację, aby być jego świadomymi opiekunami i obrońcami. Mają osobiste, emocjonalne związki z chronionym dobrem i z członkami społeczności. Rozwijają rytuały i obyczaje, stanowiące część kultury opiekuńczości.


Być może dlatego właśnie, dobro wspólne oferuje tak wywrotową metafizykę. Żąda od nas przyjęcia bogatszej definicji wartości, niż oferowana przez rynek. Żąda od nas przyjęcia szerszej koncepcji gospodarki, niż Produkt Krajowy Brutto. Żąda od nas, abyśmy się przyznawali do takich form wartości, które wykraczają poza rynek i jego wycenę.


Tradycyjnie rozumiana gospodarka skoncentrowana jest na „tworzeniu dobrobytu” i „eliminowaniu niedoboru”. Ale tak naprawdę zajmuje się jedynie takim rodzajem dobrobytu, który ma nalepkę z ceną i może być sprzedany na rynku.

Jedyny problem ze standardową ekonomią jest ten, że nie ma ona za dużo do powiedzenia na temat wielkich zasobów wartości nie opatrzonych nalepką z ceną (stąd desperackie dążenie do wyceniania wszystkiego w pieniądzu..).”

środa, 5 lutego 2014

Dobro wspólne



„We współczesnych uprzemysłowionych krajach świata „dobro wspólne” stało się trudne do wyjaśnienia i niezrozumiałe. W Polsce w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat zostało ono skutecznie wyplenione ze świadomości obywateli i z języka – konsekwencje są katastrofalne. Zamiast niego mamy mętne aluzje polityków i duszpasterzy niemające szans w konfrontacji z powszechnym poglądem że „wspólne znaczy niczyje”. Coś co nie ma nazwy, bardzo trudno zauważyć, a prawie niemożliwe jest świadome kształtowanie tego czegoś. Stąd istniejące wokół nas dobra wspólne: wodę pitną, powietrze, przestrzeń miejską, traktujemy jako oczywiste, a zarazem pozbawione wartości. Wartość przypisujemy zazwyczaj tylko tym dobrom, które mają właściciela  -prywatnego lub państwowego. Pomysł że moglibyśmy stworzyć trwałe zasady zarządzania dobrem wspólnym i generować w ten sposób znaczne wartości, brzmi utopijnie, komunistycznie, a co najmniej niepraktycznie. Pogląd, że dobro wspólne może się stać nośnikiem społeczno-politycznej emancypacji i transformacji społeczeństw brzmi dla większości niedorzecznie…..


Dobro wspólne niesie wielką obietnicę odnowienia dysfunkcyjnych rządów i zreformowania drapieżnych rynków. Może nam pomóc w opanowaniu naszej nadmiernie skomercjalizowanej kultury konsumpcji i we wprowadzaniu nowych form „zielonych rządów” pozwalających chronić środowisko. W czasach, gdy demokracja przedstawicielska stała się pstrokatą grą pozorów rządzoną przez wielki pieniądz lub wyobcowaną biurokrację, dobro wspólne daje nowe, nieoderwane od realnego życia formy współuczestniczenia i odpowiedzialności, mogące naprawdę zmienić życie ludzi.”

poniedziałek, 3 lutego 2014

Dobre życie



„Nie można żyć przyjemnie, jeśli się nie żyje mądrze, pięknie i sprawiedliwie. Cnoty tworzą wraz z przyjemnym życiem naturalną jedność i życie przyjemne jest od nich nieodłączne… Lepiej być nieszczęśliwym z rozumem niż szczęśliwym bez rozumu”

(Epikur z Samos)



Grzechy bowiem skażają umysł człowieka i umacniają go w błędnych mniemaniach co do istoty własnej i świata.

Pięć „straszliwych trucizn” w buddyzmie to: pycha, pożądliwość, gniew, zazdrość, bezmyślność (głupota).

Kto im ulega, ma nikłe szanse na życie wieczne.

(Por. Tybetańska Księga Umarłych, Kraków 1993, s. 78, 88)



„Cnót ludzie nauczyć się mogą,

Albowiem się rodzimy sposobni z

Przyrodzenia k’temu,

iż cnotę w się przyjąć możem – takżeż też i

niecnotę”

(Łukasz Górnicki)



Umiejętność dobrego życia, czyli to, co zawsze nazywano dziś nieco jakby przebrzmiałym mianem „cnoty”, była w ciągu tysiącleci i zawsze pozostanie najważniejszą umiejętnością człowieka – sztuką życia we właściwy sposób.

sobota, 1 lutego 2014

Związek przyjaźni



Ci którym nie daje spokoju nędza ludzka i upadek Ojczyzny, stoją często wobec pytania, gdzie i czym jest ta potęga wybawicielska, za pomocą której można by życie uczynić lepszym i szlachetniejszym. Szukamy jej na wszystkich polach pracy, a zarazem czujemy instynktownie, że jest jakaś jedna, najważniejsza rzecz, podstawowa, która, gdyby została znaleziona i zdobyta, rozstrzygnęłaby wszystkie zagadnienia i dała oręż prawdziwy, niezwyciężony, do zwalczania zła. Instynkt ten nie jest złudzeniem naszym. Taka potęga jest do wzięcia i jest pośród nas, a nazywa się przyjaźnią.

Naród, w którym uczucia przyjaźni są rozwinięte, gdzie zamiast sobkostwa i egoizmu panuje przyrodzona potrzeba wzajemnej pomocy, bezinteresownego wspomagania się na wszystkich polach życia – naród taki znalazł już moc niezwyciężoną, rozwiązał zagadkę wolności i dobrobytu. Tak samo i pojedynczy człowiek.